Kupiony za orzeszki, sprzedany za… orzeszki

Marko Arnautović odchodzi z West Hamu. Po burzliwych negocjacjach i naciskach na władze klubu piłkarz dopiął swego, a jego nowym miejscem pracy staną się upragnione Chiny. W całej sytuacji nie byłoby niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że ledwie sześć miesięcy temu Austriak przedłużył kontrakt z Młotami.

Kiedy w 2017 roku Londyńczycy zdecydowali się na sprowadzenie byłego napastnika Interu Mediolan, wielu łapało się za głowy. Wprawdzie był on liderem Stoke i jak na realia drużyny z Britannia Stadium notował przyzwoite statystyki goli oraz asyst, ale żeby od razu płacić za niego dwadzieścia milionów funtów? Okrutna pomyłka. W retoryce krytyków niniejszego posunięcia Arnautović był zbyt niestabilny sportowo i niestały mentalnie, by spełnić pokładane w nim nadzieje, a West Ham miał srogo pożałować pobicia własnego rekordu transferowego.

Stało się zgoła inaczej.

Początek przygody Marko w bordowo-niebieskiej koszulce faktycznie nie należał do udanych. Nie dość, że piłka po jego strzałach nie znajdowała drogi do bramki, a podania rzadko zamieniały się w asysty, to w dodatku pojawiły się problemy z dyscypliną na boisku – uderzenie piłkarza Southampton sędzia wycenił na czerwoną kartkę. Gdyby tego było mało, drużynie lepiej wiodło się, kiedy Arnautović przebywał poza kadrą meczową (7 punktów w 4 meczach ligowych), aniżeli w momentach, w których biegał po murawie (3 oczka w 11 spotkaniach angielskiej ekstraklasy). Przeciwnicy jego osoby święcili triumfy.

Zarząd West Hamu nie zamierzał jednak obarczać napastnika odpowiedzialnością za całe zło, które spotykało wówczas Młoty. Owszem, spodziewano się po nim więcej, lecz mianowanie go kozłem ofiarnym byłoby naiwnością. Nieunikniona okazała się za to zmiana na stanowisku szkoleniowca. Wypalonego i nieco zasiedziałego Slavena Bilicia zastąpił ubiegający się o odbudowanie swojej pozycji w futbolowym światku David Moyes.

Pod wodzą Szkota ekipa z London Stadium notowała znacznie lepsze wyniki, co pozwoliło jej na zakończenie rozgrywek na trzynastym miejscu w tabeli. I choć nie wystarczyło to do utrzymania posady – na niekorzyść byłego opiekuna Evertonu przemawiały brak regularności oraz nieatrakcyjny styl gry – pobyt 56-latka w stolicy nie był całkowicie bezowocny. Za mały sukces należy wszak uznać przesunięcie Arnautovicia ze skrzydła na szpicę. Banalna z perspektywy czasu decyzja okazała się punktem zwrotnym w londyńskiej przygodzie piłkarza.

Odkąd Austriak zadomowił się w centralnej części ataku, West Ham zyskał lidera w najczystszej postaci. Marko nie tylko otworzył swoje konto strzeleckie, które pielęgnował z tygodnia na tydzień, ale też stał się jednym z najefektywniejszych kreatorów w drużynie. Do końca rozgrywek wziął udział w 17 (11 trafień i 6 asyst) z 36 akcji bramkowych Młotów, co dobitnie obrazuje jego wpływ na zespół w ówczesnym okresie. To na nim opierała się gra, to od niego zależało najwięcej. Nic dziwnego, że w kwietniu 2018 roku fani wybrali go Graczem Sezonu.

Tak oto Arnautović z transferowego niewypału przeistoczył się w najważniejszą postać drużyny. Do zjednania sobie kibiców i udowodnienia krytykom, jak bardzo mylili się w ocenie jego osoby wystarczyło mu niespełna pięć miesięcy występów w roli napastnika.

Pomimo zainteresowania ze strony Manchesteru United, zeszłego lata snajper rodem z Wiednia nie zmienił barw klubowych. Życie w Londynie w połączeniu z uwielbieniem trybun całkowicie go satysfakcjonowały, a nowy menedżer, Manuel Pellegrini, zamierzał uczynić go kluczowym elementem swojego projektu. Opuszczanie stolicy mijało się z celem, Marko miał stać się symbolem ery chilijskiego szkoleniowca w West Hamie.

Początek ich współpracy dawał nadzieję, że rzeczone oczekiwania nie były czynione na wyrost. Wprawdzie Młoty fatalnie weszły w nowe rozgrywki ligowe – na pierwsze punkty przyszło im czekać do piątej kolejki – ale Austriak nie zawodził. Trzy gole oraz asysta na przestrzeni 370 minut, jakie spędził na boisku, stanowiły wizytówkę jego możliwości. Wszystko, co dobre dla zespołu, było dziełem Fabiańskiego i Arnautovicia właśnie. Znamienne, iż odpowiedzialność za wyniki ekipy z London Stadium znów spoczywała na barkach ostatniego z nich.

W drugiej połowie września 2018 roku sytuacja uległa jednak zmianie. Wraz ze wzrostem formy pozostałych zawodników, znaczenie Marko stopniowo, acz konsekwentnie malało. Choć były piłkarz Stoke nadal stanowił o sile West Hamu i zdobywał ważne bramki, jak chociażby w starciu z Manchesterem United, określenia pokroju “lider” czy “gwiazda” częściej wymieniało się w kontekście sprowadzonego z Lazio Felipe Andersona. Duma Arnautovicia została podrażniona, a nastroju nie poprawił ani dublet w spotkaniu z Brighton, ani tym bardziej uraz uda. Austriak zapragnął transferu.

Wiele można 30-latkowi zarzucić, ale na pewno nie to, iż jest niekonkretny. Wręcz przeciwnie, Marko nie zwykł kryć się ze swoimi intencjami. Kiedy chciał opuścić Britannia Stadium, wprost powiedział o tym władzom The Potters. Kiedy uzasadniał swoje przenosiny do stolicy stwierdził, że West Ham jest większym i ambitniejszym klubem niż Stoke. Kiedy natomiast zamarzył o grze w Chinach, nie wahał się powiadomić o tym zarządu Młotów. Tak rozpoczęła się jedna z najdziwniejszych sag zimowego okienka transferowego.

– West Ham kupił Marko za orzeszki. Zapłacili za niego 20 milionów funtów, czyli tyle co nic, jak na dzisiejsze realia – przekonywał wówczas agent i jednocześnie brat piłkarza, Danijel Arnautović. – Kupili go, żeby pomógł im się utrzymać w Premier League i zrobił to. Zgarnął w klubie wszystkie nagrody: zawodnika sezonu, transferu sezonu oraz nagrodę piłkarzy. Teraz West Ham ma fantastyczną ofertę. Mogą zarobić blisko dwa razy więcej niż zainwestowali. On chce odejść i rywalizować o tytuły. Właśnie tego pragnie. Marzy o tym, by West Ham zaakceptował ofertę z Chin – dodawał w rozmowie z talkSPORT.

Mimo nacisków i protestów ze strony zawodnika oraz jego środowiska, władze klubu pozostały nieugięte. Wszelkie oferty były konsekwentnie odrzucane, zaś Austriak otrzymał propozycję podpisania nowego kontraktu, na mocy którego miał zarabiać 120 tysięcy funtów tygodniowo. Ku uciesze Manuela Pellegriniego, napastnik przystał na niniejsze warunki i zagwarantował, iż bez względu na wszystko kocha West Ham. Żyli (nie)długo i szczęśliwie. Do lipca.

Po styczniowych zawirowaniach Arnautović długo nie potrafił odnaleźć właściwego rytmu. Co gorsza, każdym kolejnym występem bez gola na koncie podkopywał wiarę we własny instynkt, z każdą kolejną minutą posuchy wzrastała jego frustracja. Kiedy wydawało się, iż sezon zakończy bez przełamania, w przedostatniej kolejce nadeszło wyczekiwane trafienie. Po kolejnych dwóch wróciła chęć opuszczenia klubu.

Pragnienie zmiany miejsca pracy stosunkowo krótko po podpisaniu nowej, lukratywnej umowy może jawić się jako niedorzeczność. W przypadku Marko nie jest jednak niczym nowym. – W zeszłym roku włożyliśmy wiele starań w porozumienie się w sprawie długoterminowego kontraktu, a pierwszą rzeczą, o jakiej powiadomił nas po powrocie z wakacji, była chęć odejścia – wyznał rozgoryczony prezes Stoke, Peter Coates, po tym, jak Austriak przeprowadził się do Londynu. Na nieszczęście West Hamu piłkarzowi nadal obce jest pojęcie lojalności, a historia lubi się powtarzać.

Wraz z otwarciem letniego okienka transferowego do klubu wpłynęła oferta pozyskania Arnautovicia. Opiewające na niespełna 20 milionów funtów zapędy Chińczyków nie mogły jednak skusić władz Młotów, które nie zamierzały pozbywać się swojego napastnika. A już na pewno nie za tak niską kwotę. I wtedy do akcji wkroczył Marko, który wbrew podstawowym zasadom moralności ponownie zażądał zgody na opuszczenie Londynu.

– On nie jest krową czy koniem, którego prowadzi się na rynek. Jest utalentowanym piłkarzem, którego West Ham zwyczajnie wykorzystuje. Jest dla nich jedynie liczbą. Do ostatniej minuty styczniowego okienka transferowego starali się pozbyć Marko i nadal chcą to zrobić. Jest dla nich towarem – skarżył się agent zawodnika w rozmowie ze Sky Sports. O ile styczniowe dążenia braci Arnautoviciów rozeszły się po kościach, o tyle tym razem sprawy zawędrowały za daleko. Według doniesień brytyjskich mediów, w klubie mieli serdecznie dość Austriaka. Jego odejścia pragnął już nie tylko menedżer i jego sztab, ale też koledzy z szatni. Zrezygnowany zarząd nie miał wyjścia, pomimo niesatysfakcjonującej oferty – zaledwie 22,5 miliona funtów – porozumienie z Shanghai SIPG zostało osiągnięte. Burzliwy związek dobiegł końca.

Ze sportowego punktu widzenia odejście najlepszego strzelca drużyny w minionych dwóch sezonach może okazać się brzemienne w skutkach, lecz władze West Hamu podjęły jedyną słuszną decyzję. Kondycja psychiczna oraz morale grupy są istotniejsze niż wiara w umiejętności jednostki, która nie chce dłużej bronić klubowych barw. Poza tym, może i Marko Arnautović był liderem, ale do statusu alfy i omegi (czytaj: Dimitriego Payeta) wciąż mu daleko. Jego pobyt w Londynie należy ocenić jako udany, lecz wątpliwe, by ktokolwiek za nim zapłakał.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s